Zarówno życie codzienne, jak i Pismo Święte mówią do nas jasnym głosem – każdy z nas popełnia błędy. Ale czy nasze uchybienia definiują nas na zawsze? Oczywiście, że nie. Pomyślcie o dziecku, które stawia swoje pierwsze kroki. Czy potykając się i padając na ziemię, rezygnuje z chodzenia na zawsze? Nie, wstaje i próbuje iść dalej. Podobnie jest z naszym życiem duchowym.
Bóg patrzy na nas w naszej słabości i nieustannie wyciąga rękę, gotów pomóc nam się podnieść. Kiedy przychodzi nam zmagać się z ciężarem własnych niepowodzeń, Bóg nie odsuwa się od nas. Wręcz przeciwnie, mówi wyraźnie: „Nie bójcie się! Nawet jeśli upadliście, to nie jest koniec drogi”.
Zamiast uciekać od Boga, idźmy mu na spotkanie. Możemy służyć Mu z całego serca, nawet jeśli nasze serca są pokiereszowane i pełne grzechu. To właśnie wtedy, w naszej skrusze, możemy doświadczyć największej miłości Boga, która uzdrawia, odbudowuje i przemienia nasze życie. Przyznając się do naszych słabości, wzywamy Jego siłę, która jest doskonała w naszej niedoskonałości.



